Spółdzielnia Mieszkaniowa
Zawiercie

Po moim trupie, czyli ciężkie życie we wspólnocie mieszkaniowej.

Strona główna » Aktualności » Po moim trupie, czyli ciężkie życie we wspólnocie mieszkaniowej.

wielkość tekstu: A | A | A

W rękach mamy już klucze do upragnionego, własnego M. Szybka przeprowadzka i można rozpocząć nowy etap w życiu. Wspaniały? Beztroski? No właśnie, już pierwszej nocy okazuje się, że sąsiadka z góry lubi chodzić po domu w szpilkach, a sąsiad zza ściany jest miłośnikiem seriali. Nie trzeba włączać telewizora, bo wszystko doskonale słychać. Z kolei sąsiad z dołu od dłuższego czasu ma problem z przywierceniem półki i próbuje to zrobić codziennie w okolicach 22.30. Brzmi znajomo?

Jak ci się nie podoba – to się wyprowadź

Jednym doskwiera hałas, głośna muzyka, bawiące się dzieci, nieoczekiwane biesiady współmieszkańców… Wszyscy chcą znaleźć rozwiązanie tak, żeby ich racja okazała się zwycięska. Blogująca dziennikarka Małgorzata Piekarska przyznaje, że do ich telewizyjnej redakcji regularnie dzwonią mieszkańcy i uskarżają się na sąsiadów, domagając się przy tym interwencji mediów. Takich telefonów ze skargami na sąsiadów są setki, a problemy, z jakimi ludzie najczęściej dzwonią do telewizji, to konflikty sąsiedzkie. - Pomyślałby ktoś – człowiek bydle stadne, a jednak… W stadzie i tak się kłóci i ciągle z kimś o coś walczy. Mam wrażenie, że im bardziej typ jest aspołeczny, tym bardziej walczy. Najczęściej walczy się w rodzinie, a gdy jej nie ma, gdy brak własnego małego stada i jest się samotnym, wtedy pozostaje walka z… sąsiadami – reasumuje blogerka.

Nie zgadzam się i już!

Waleczna natura mieszkańców bloków daje się mocno we znaki we wspólnotach mieszkaniowych, które to utworzono wraz z wprowadzeniem w 1994 roku nowej ustawy o własności lokali. W myśl tej ustawy wspólnota mieszkaniowa, która wyodrębnia się niejako samoistnie po sprzedaniu przez dewelopera pierwszego mieszkania, ma decydować i zarządzać częściami wspólnymi budynku (klatki schodowe, strychy, garaże, miejsca parkingowe). Podejmowanie decyzji odbywa się w sposób kolegialny, najczęściej na zebraniach wspólnoty lub poprzez indywidualne zbieranie głosów. I o ile mieszkańcy mają teraz realny wpływ na przykład na wysokość płaconych przez siebie zaliczek na poczet utrzymania nieruchomości, to w przypadku podjęcia jakichś konstruktywnych działań dotyczących zmian w nieruchomości, czy zagospodarowania terenu, albo nawet wyborze firmy sprzątającej – muszą mieć zgodę 51 proc. właścicieli [dokładnie 50 proc. plus jeden udział] nieruchomości. I tu wychodzi na wierzch wojownicza natura rodaków…

Sądzi się o 1,5 złotych

Prawdziwym wojownikiem przez duże W jest pewien mieszkaniec całkiem sporej, liczącej około dwustu mieszkańców wspólnoty. Większość z członków tej wspólnoty to ludzie młodzi, dlatego razem postanowili, że wybudują dla dzieci plac zabaw. Uchwalono stosowną uchwałę – wszystko zgodnie z prawem. Jednak po pewnym czasie problematyczny mieszkaniec zażądał, aby koszty związane z utrzymaniem tego placu, były koniecznie zatwierdzane stosownymi uchwałami. Uchwały podjęto, sprawa przycichła. Jednak była to przysłowiowa cisza przed burzą… Kiedy dzieci wojowniczego mieszkańca już podrosły i nie korzystały z placu zabaw doszedł on do wniosku, że płacić na utrzymanie miejsca do zabaw już nie ma zamiaru. Zaskarżył poprawnie przyjętą uchwałę z kosztami za utrzymanie placu w sądzie… Trwa postępowanie, którego koszty musi ponieść wspólnota, a są one niemałe. Do tej pory jest to  już prawie siedem tysięcy złotych i będą one rosły. Koszty utrzymania placu zabaw – to 3 grosze na metr kwadratowy mieszkania (łatwo policzyć, że przy nieruchomości o powierzchni 50 metrów kwadratowych. Jest to koszt 1,5 zł w skali roku…).

Zarząd wspólnoty, postanowił o wszystkim poinformować innych mieszkańców – wrzucając do skrzynek pocztowych szczegółowe rozliczenia, dane kłopotliwego współmieszkańca i zestawienie, ile ta sądowa przepychanka będzie wszystkich kosztować… Jak na razie nieustępliwy pieniacz nie zrezygnował z drogi sądowej. Ciekawe kiedy skończy się cierpliwość mieszkańców…
Część ludzi, kiedy już się wprowadzi do własnego M zdaje się zapominać o tym, że w bloku nie mieszkają sami i razem z nimi są tu jeszcze inni mieszkańcy. Każdy wychodzi z założenia "wolnoć Tomku w swoim domku". Często w imię tej iluzorycznej wolności najbliżsi sąsiedzi robią rzeczy, od których włos się jeży na głowie, a poziom absurdu osiąga najwyższy pułap. Łukasz opisuje sytuację niczym z dobrego kabaretu. Mieszka na nowym osiedlu, obok jest inne osiedle, zarządzane przez inną wspólnotę. Developer, żeby skrócić mieszkańcom drogę na przystanek i do sklepu, zrobił im w ogrodzeniu furtkę. Takie rozwiązanie przeszkadzało ludziom z sąsiedniego osiedla, przez teren którego przechodzili mieszkańcy, korzystający z wygodnego skrótu. Wpadli na sposób, jak zniechęcić sąsiadów do korzystania z tego udogodnienia i tuż za furtką postawili… płot. W odległości dosłownie pięciu centymetrów. Argumentem, który miał uzasadnić utrudnianie przemieszczania się po osiedlu, były rzecz jasna pieniądze: "no bo kto nam zapłaci za zużyty chodnik, kiedy tyle ludzi po nim codziennie przechodzi…". Wydawać by się mogło, że nic gorszego mieszkańców już spotkać nie może. Płot stał w najlepsze, ale zwolennikom skrótu nie przeszkadzał, bo zaczęli przez niego przeskakiwać. Ich pozorna radość ze znalezienia skutecznego rozwiązania nie trwała zbyt długo, gdyż cały płot został pomalowany smarem… Ot, urok posiadania sąsiadów i ich chęć pójścia na kompromis…

Anormalday codziennie wieczorem wychodzi pospacerować z psem i zaczerpnąć przed snem świeżego powietrza. No właśnie, tym powietrzem może się cieszyć tylko poza blokiem, bo kiedy wchodzi do klatki, to już od progu uderza go smród pozostawionych przez sąsiadów na klatce śmieci. - Woreczek niewielkich rozmiarów, ale za to z zawartością większego kalibru. W krótkim czasie smród czuć już w całym korytarzu. Widocznie jednemu z lokatorów przeszkadzał w mieszkaniu, więc chcąc się go pozbyć, wystawił go za drzwi. Problem zniknął z zasięgu nosa, więc go nie ma – wyrzuca anormalny i zżyma się na sąsiadów, którzy nie są inwalidami, żeby nie mogli podejść z tymi śmieciami od razu do kontenera. - Klatka schodowa, podobnie jak otoczenie wewnątrz i na zewnątrz budynku, stanowi wspólną własność. Nie jest niczyje. Nie jest także przestrzenią, którą możecie posiąść tylko dla siebie. Dbając o drobnostki, możemy wszyscy stworzyć otoczenie, w którym będziemy mieszkać i czuć się dobrze pisze bloger.

Ciężko oczekiwać od ludzi, że będą się zachowywać bez zarzutu, ale takich elementarnych zasady współżycia, chyba można wymagać. A może przyjąć na to stosowną uchwałę, na kolejnym zebraniu wspólnoty? Podobnie sprawa ma się z nadmiernym hałasem i przeróżnymi odgłosami prac budowlanych, które niosą się gromkim echem po korytarzach nowo powstałych osiedli.
 
 
Obudziłem się w środku nocy z myślą, że to czołg

Dość powszechnym, bo i nieuniknionym w nowych blokach, jest odgłos pracującej pełną parą wiertarki. Dobiega on do uszu zrozpaczonych sąsiadów o dowolnej porze dnia i niestety nocy… Generalnie niby wszyscy wiedzą, że obowiązuje cisza nocna, ale niektórzy zdają się o niej nagminnie zapominać. Co bardziej zapobiegliwi radzą, aby uchwalić na zebraniu wspólnoty stosowną uchwałę, zapisać to w regulaminie, ale na wspólnotowych forach aż wrze od sytuacji, w których inni mieszkańcy mają sobie za nic zapisy, postanowienia… Robią swoje, kiedy im się żywnie podoba.

- Nie wiem jak można ciąć płytki o 2.15 w nocy. Zanim na dobre sie obudziłem to myślałem, że to jakieś czołgi podjeżdżają – pisze na osiedlowym forum jeden z mieszkańców. Dyskusja rozgorzała na dobre i wszyscy się zgadzają, że powinno się dać też odpocząć sąsiadom i nie wiercić chociażby w niedzielę. - Też jestem zdania, żeby jednak nie utrudniać sobie życia. Ale jeśli kilka niedziel z rzędu ktoś wierci za ścianą praktycznie cały dzień, a intensywność prac zdecydowanie nasila się właśnie w niedzielę, to robi się to trochę uciążliwe. I myślę, że każdy byłby wkurzony – reasumuje kobieta. Z kolei inny forumowicz już cynicznie zauważa, że według remontowego rozkładu jazdy jednego z sąsiadów można by zegarek nastawiać, bo robi to codziennie o 22.20 dokładnie przez pięć minut wiertarką z udarem…

Wspólnota daje władzę, a niektórym uderza ona do głowy…

Zdarzają się też takie przypadki mieszkańców, członków wspólnoty, którzy poczuli się bardzo pewnie i chcą narzucać innym swoją wizję życia w bloku. Czy to się komuś podoba, czy nie. Pewna kobieta, która zasiada w zarządzie wspólnoty postanowiła, niczym samodzierżawny car, rozwiązać problem ciszy nocnej. W bloku nie było mowy o nocnym wierceniu, ale skoro cisza obowiązuje od 22 – to o tej godzinie można już zamknąć zewnętrzne drzwi na klucz. Wielu mieszkańców jest przyzwyczajonych, że te drzwi otwiera nie kluczem, ale tak po prostu klamką, dlatego takie zamykanie punkt 22 bywa dla nich kłopotliwe. Starsza pani o władczych zapędach robi to jednak czasem wcześniej nawet o dwie godziny, a zdarza się tak, że dziwnie zbiega się to w czasie z porą spacerów mamy Kasi, która wychodzi z psem… - Zupełnie przypadkiem drzwi zamykane są akurat wtedy, kiedy moja mama wychodzi z psem na spacer? Nierzadko zdarzało się, że mama wówczas nie brała kluczy od klatki. Sąsiadka zamykała drzwi, a kiedy mama wracała ze spaceru, tata musiał schodzić z kluczami, by wpuścić mamę na klatkę – opisuje Kasia.

W przypadku opisywanym przez Kasię obok siebie stoją dwa bloki, obydwa zarządzane są przez różne wspólnoty. - Pierwszy blok jest remontowany, wszędzie jest pełno zieleni, ustawa śmieciowa funkcjonuje idealnie. W naszym bloku remontów nie było już dawno, zieleni coraz mniej, ustawa śmieciowa kuleje, ale za to sianie intryg trwa w najlepsze – reasumuje.

Jeszcze bardziej drastyczny przykład opisuje Ania. We wspólnocie, której jest członkiem, doszło do nadużycia i to takiego poważniejszego. Zarządca nieruchomości przez około rok pobierał od mieszkańców zaliczki na rachunków oraz na fundusz remontowy. Po czym, po znalezieniu przez nich nieprawidłowości, został po długiej batalii, przez nich zwolniony. Pieniędzy jednak nie odzyskano – kontrola rachunków bankowych wykazała, że pieniądze zniknęły nawet z funduszu remontowego, a wspólnota tonie w długach... Co gorsza, przedstawił im wątpliwe faktury, jakoby wszystko odbyło się w mocy i świetle prawa. Na koniec straszył ich jeszcze sądem… Na szczęście, obecny zarządca, wspólnie z mieszkańcami pracuje intensywnie, by wspólnotę wyprowadzić na prostą, jednakże będzie to proces długoterminowy. Czasu, nerwów i straconych pieniędzy nikt im nie zwróci.
Grunt to sprawny zarządca

Zarządzanie wspólnotą do najłatwiejszych nie należy. Owszem, jest Administrator, ale musi też być wybrany Zarząd Wspólnoty, składający się z mieszkańców. Problemy pojawiają się już na samym początku, bo nie łatwo znaleźć ludzi, którzy dobrowolnie i nieodpłatnie będą się chcieli udzielać na rzecz wspólnoty. Jak przychodzi do zebrania, to wszyscy uchylają się od sprawowania najmniejszej choćby funkcji (protokolanta, komisji zajmującej się liczeniem głosów). Niby rzecz toczy się o nasze miejsce zamieszkania, a jakoś niewiele nas to obchodzi. Według Jurka, jeśli nie dojdzie do wyłonienia zgranej grupy dysponującej wymaganą większością głosów, to często kończy się paraliżem, wywołanym brakiem zdolności do podjęcia jakiejkolwiek uchwały. Z kolei taki paraliż może być nie tylko problemem dla zarządzającego, ale i skutkować wysokimi, nieuzasadnionymi kosztami dla lokatorów. Dlatego, jak zauważyłem, często zarządzający wspólnotami naginają zasady, czyli mówiąc wprost łamią prawo uznając za prawidłowo podjęte uchwały, które zgodnie z idiotycznymi przepisami nie są podjęte. Tak to działa, ale każdy, kto nie wziął udziału w głosowaniu (właściwie każdy, kto nie głosował za), może w takim przypadku zaskarżyć uchwałę do sądu i wygra….

Potwierdza to zarządca jednej z krakowskich wspólnot i przyznaje, że w praktyce zaskarżyć można każdą uchwałę. Może to zrobić właściciel lokalu danej wspólnoty mieszkaniowej bez względu na oddany głos. I nie jest ważne czy uchwała została podjęta, czy też nie.

Zapłaciłem, to mi wolno

Daria też na własne skórze odczuła, jak ciężko zjednoczyć ludzi we wspólnej sprawie, która paradoksalnie powinna obchodzić ich wszystkich. Trzy lata temu kupiła mieszkanie w starym budownictwie. Budynek pochodzi z lat 50 i siłą rzeczy wymaga już remontów i gruntownych napraw. Jednak niczego nie da się uchwalić, gdyż w tym celu potrzeba 51 proc. głosów "za" danym projektem. Zebrania wspólnoty nie przynoszą żadnych konstruktywnych rozwiązań. Kobieta zastanawia się coraz poważniej, czy nie sprzedać mieszkania i nie kupić domu.

Anna przyznaje, że w ich wspólnocie również nie dało się dojść do porozumienia z lokatorami. Roszczeniowa postawa mieszkańców skutecznie paraliżowała jakiekolwiek konstruktywne decyzje. - Problem wspólnot polega na tym, że większość ludzi stawia swoje roszczenia na pierwszym miejscu, wychodząc z założenia, że skoro zapłacili to im wszystko wolno. Większość ludzi sprawy wspólnoty nie interesują do momentu, kiedy w grę nie wchodzą pieniądze – przyznaje Anna. Według niej, nasze społeczeństwo jeszcze do takiego modelu zarządzania nieruchomościami wspólnymi po prostu nie dorosło. Sama przyznaje, że pól roku zajęło jej przekonanie ludzi, że wspólnie mogą zrobić naprawdę coś konkretnego i nie warto tracić czasu na jakieś błahostki. - Przeszliśmy od skarg na głośną lodówkę, pralkę i źle zaparkowany samochód, ale w końcu się udało. Mamy zarząd, który zajmuje się w końcu tym co do niego należy – pisze Anna.

Jeśli zarząd się nie sprawdza, zawsze można go odwołać

Artka opisuje, jak udało się przezwyciężyć paraliż wspólnoty i doprowadzić do tego, że zaczęła ona normalnie funkcjonować. - My zrobiliśmy rewolucję. Odwołaliśmy stary zarząd, zmieniliśmy firmę zarządzającą i zaczynamy realnie i kompleksowo wpływać na nasze otoczenie. Po takim ruchu kilku osób, zdecydowanych zająć się przez kilka lat najpilniejszymi sprawami, na zebranie przyszło po raz pierwszy 98 proc. lokatorów. Przygotowaliśmy program spotkania, wysłuchaliśmy wszystkich, którzy mieli coś do powiedzenia i działamy.

Wojtek relacjonuje, że jedyny w jego okolicy zadbany blok,  jest zarządzany właśnie przez ludzi ze wspólnoty mieszkaniowej. Mieszkańcy skrzyknęli się, przejęli nieruchomość od spółdzielni i teraz widać efekty. Jako jedyny w okolicy ich blok został ocieplony, a także wybudowano przed nim parking. Jeśli się znajdzie odpowiednich ludzi – to wszystko można osiągnąć.
Wszystko zatem zależy od nas i od umiejętności współżycia z innymi mieszkańcami. Wspólnota może mieć ogromną moc i zdziałać dużo dobrego, jeśli tylko znajdą się ludzie, którzy wytyczą odpowiedni kierunek, którzy będą się chcieli zaangażować i pociągną za sobą innych.
 

 

12

LIP

2013

3100

razy

czytano

sm-zawiercie.pl

Adres

Spółdzielnia Mieszkaniowa Zawiercie
42-400 Zawiercie
ul. Pułaskiego 7
NIP: 6490000765

KONTAKT

tel: 32 67 243 50 do 52
fax: 32 67 243 30
e-mail: biuro@sm-zawiercie.pl

KONTAKT

61 LAT SPÓŁDZIELNI

Aktualnościfundusze europejskieO naszej spółdzielniinformacjeWspółpracaOgłoszeniaWyróżnieniaGaleriaKontakt
Oficjalna strona www Spółdzielni Mieszkaniowej Zawiercie.

osób online: 1

Polityka prywatności Kanały RSS Mapa serwisu

SYSTEM ALP VISUAL PLUS |

WYSYŁANIE I ODBIÓR POCZTY

ZARZĄDZANIE POCZTĄ

ZARZĄDZANIE SERWISEM

STATYSTYKI ODWIEDZIN